Aktualność prawna · Dla Polonii

Wakacje z dzieckiem — przetrwać czy przeżyć naprawdę?

Zapisz
Babcia i wnuczka wspólnie lepią pierogi przy drewnianym blacie w kuchni
Głos gościa

Rozpoczynamy nowy cykl o edukacji i wychowaniu dzieci polonijnych. Ten tekst napisała dla nas Katy — autorka pisząca o rodzicielstwie, która publikuje również w gazetce „Krakus”.

Dlaczego na początku wakacji oddychamy z ulgą, a pod koniec sierpnia tak często czekamy już na pierwszy dzwonek? Co dzieje się z tym wymarzonym czasem wolnym, że zamiast bliskości pojawia się zmęczenie, a zamiast odpoczynku — chaos? Może problem nie leży w dzieciach, ale w tym, jak przeżywamy wakacje razem z nimi — i ile naprawdę jesteśmy w nich obecni.

No i są. Wakacje!

Dzieci czekały na nie od dawna. Rodzice chyba też. Koniec porannego pośpiechu, kanapek robionych w biegu, plecaków pakowanych wieczorem, sprawdzania zadań, przypominania o stroju na WF, kartkówkach, lekturach i wszystkich tych małych szkolnych obowiązkach, które przez cały rok układają rytm rodzinnego życia.

Wreszcie można odetchnąć!

Można pospać dłużej. Można zjeść śniadanie później niż zwykle. Można pojechać do dziadków, spotkać się z kuzynami, odwiedzić znajomych, siedzieć wieczorem na tarasie, spacerować bez patrzenia na zegarek, jeść lody, śmiać się, podróżować, leniuchować i robić to wszystko, na co w roku szkolnym ciągle brakuje czasu.

I bardzo dobrze. Wakacje właśnie po to są.

Ale każdy rodzic zna też drugą stronę wakacji. Tę, która pojawia się zwykle trochę później. Na początku jest radość: „Nareszcie odpoczniemy od szkoły!”. A pod koniec sierpnia, czasem pół żartem, pół serio, zaczynamy słyszeć: „Kiedy wreszcie zacznie się rok szkolny?”.

Bo dzieci chodzą spać coraz później. Wstają w południe. Śniadanie miesza się z obiadem, kolacja wypada prawie w nocy, telefon jest zawsze pod ręką, a dzień zaczyna przypominać trochę wakacyjny bałagan, z którego trudno potem wrócić do normalności.

Wakacje nie są po to, żeby je tylko przetrwać. Są po to, żeby naprawdę pobyć razem.

I nie chodzi o to, żeby się oskarżać. Każdy rodzic bywa zmęczony. Każdy czasem marzy o ciszy, kawie wypitej do końca i kilku minutach bez słowa „mamo” albo „tato”. To ludzkie. To normalne. Ale może właśnie wakacje są dobrym momentem, żeby zadać sobie ważne pytanie: co zrobić, żebyśmy nie tylko „przetrwali” ten czas, ale naprawdę go razem przeżyli?

Nie chodzi o wojskową dyscyplinę. To słowo zostawmy może koszarom, a nie rodzinnym wakacjom. Chodzi raczej o rytm. O taki spokojny, ciepły, elastyczny rytm dnia, który daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa, a rodzicom pomaga nie zgubić siebie nawzajem w chaosie.

Wakacyjny rytm nie musi oznaczać planu rozpisanego co do minuty. Może być bardzo prosty: podobna pora wstawania, choć oczywiście późniejsza niż w roku szkolnym; jeden wspólny posiłek dziennie; trochę ruchu; czas bez ekranów; wieczorne wyciszenie; rozmowa przed snem; wspólne czytanie; spacer; gra planszowa; telefon odłożony na bok chociaż na chwilę.

To są małe rzeczy. Ale właśnie z takich małych rzeczy buduje się domowy spokój.

Nie chodzi o wojskową dyscyplinę. Chodzi o spokojny rytm, który daje dzieciom bezpieczeństwo, a rodzicom więcej spokoju.

Dzieci potrzebują swobody. Potrzebują beztroski, śmiechu, biegania boso, dłuższych wieczorów i dni, w których nic nie trzeba. Ale potrzebują też granic. Potrzebują dorosłych, którzy są obok naprawdę, nie tylko fizycznie. Potrzebują rodziców, którzy nie tylko organizują wakacje, ale też w nich uczestniczą.

Bo dziecko bardzo dobrze czuje, czy jesteśmy z nim naprawdę. Czuje, czy patrzymy mu w oczy, czy tylko kiwamy głową, przewijając ekran. Czuje, czy słuchamy jego opowieści, czy tylko odpowiadamy automatycznie: „aha”, „zaraz”, „później”. Czuje, czy jesteśmy obecni, czy tylko dostępni.

Wakacje są pięknym czasem relacji. Z dziećmi, z mężem, z żoną, z dziadkami, z ciociami, wujkami, kuzynami, przyjaciółmi. W ciągu roku ciągle gdzieś biegniemy. Praca, szkoła, zakupy, zajęcia dodatkowe, obowiązki, zmęczenie. Latem świat trochę zwalnia. I może właśnie wtedy warto zapytać: kiedy ostatnio naprawdę byliśmy razem?

Nie obok siebie. Razem.

Bez telefonu przy stole. Bez ciągłego sprawdzania wiadomości. Bez zdjęcia robionego tylko po to, żeby natychmiast je komuś wysłać. Bez uciekania myślami gdzie indziej.

Razem przy śniadaniu, nawet jeśli jest późne. Razem na spacerze. Razem przy lodach. Razem w kuchni. Razem podczas gry. Razem przy babci, która opowiada historię sprzed wielu lat. Razem przy dziecku, które po raz dziesiąty chce pokazać znaleziony kamień, muszelkę albo rysunek.

Dla nas to może być drobiazg. Dla dziecka — wspomnienie na całe życie.

Warto też dać dzieciom coś, czego dzisiaj często bardzo im brakuje: czas na nudę.

Nie bójmy się zdania: „Nudzi mi się”. Ono nie zawsze oznacza problem. Czasami oznacza początek pomysłu.

Dziecko nie musi mieć zorganizowanej każdej minuty dnia. Nie musi przez cały czas oglądać bajek, filmików, rolek, gier i cudzych pomysłów. Kiedy dziecko ciągle dostaje gotowe bodźce, jego własna kreatywność ma coraz mniej miejsca. Głowa przyzwyczaja się do tego, że ktoś inny wymyśla, ktoś inny opowiada, ktoś inny pokazuje, ktoś inny zabawia.

A przecież dziecko też potrafi tworzyć. Tylko potrzebuje na to przestrzeni.

Nie bójmy się dziecięcej nudy. Czasami właśnie wtedy zaczyna się kreatywność.

Od nudy do pomysłu: chłopiec najpierw znudzony, a chwilę później dowodzi statkiem zbudowanym z kartonu i koców

Z nudy może powstać baza z koców, sklep z kamieni i liści, teatrzyk dla pluszaków, rysunek, własna gra, opowiadanie, budowla z klocków, domek dla owadów albo rozmowa z dziadkiem o tym, jak wyglądały wakacje bez telefonów. Kiedy dziecko wymyśla, planuje, próbuje, poprawia i tworzy, jego mózg pracuje bardzo intensywnie. Rozwija wyobraźnię, koncentrację, samodzielne myślenie, cierpliwość, planowanie i rozwiązywanie problemów.

To nie są „zwykłe zabawy”. To są umiejętności, które później przydadzą się w szkole. Przy nauce nowych rzeczy, przy rozumieniu poleceń, przy pisaniu opowiadań, przy szukaniu rozwiązania zadania, przy zapamiętywaniu i przy radzeniu sobie z trudnością.

Zabawa nie jest stratą czasu. Zabawa bardzo często jest początkiem nauki.

Warto o tym pamiętać zwłaszcza dziś, kiedy wszystko mamy gotowe. Gotowe bajki, gotowe filmiki, gotowe gry, gotowe obrazki, gotowe albumy, gotowe odpowiedzi. Nawet my, dorośli, coraz częściej tracimy cierpliwość do rzeczy, które wymagają czasu, skupienia i pracy rąk.

Dlatego pięknym wakacyjnym pomysłem może być rodzinny pamiętnik. Nie idealny album zrobiony online. Nie folder zdjęć w telefonie, do którego zajrzymy może raz albo nigdy. Ale prawdziwy, wspólny, rodzinny zeszyt lub album.

Tata z córką wklejają zdjęcia, muszelki i liście do wspólnego wakacyjnego pamiętnika

Taki, do którego można wkleić zdjęcie, bilet, liść, muszelkę, pocztówkę, paragon z lodów. Taki, w którym dziecko może narysować najfajniejszy moment dnia, a mama albo tata mogą dopisać kilka zdań. Taki, w którym babcia może opisać rodzinne spotkanie, dziadek narysować rower, a dziecko wkleić znaleziony kwiatek.

Nie musi być idealnie. Nawet lepiej, jeśli nie będzie. Krzywe rysunki, plamy po kleju, nierówno przycięte zdjęcia, dopiski na marginesie — właśnie to nadaje mu duszę.

Album zamówiony przez internet może być piękny. Ale własnoręcznie zrobiony rodzinny pamiętnik może stać się małym domowym arcydziełem. Za kilka albo kilkanaście lat to właśnie on może wzruszyć najbardziej. Bo będą w nim nie tylko zdjęcia, ale też ślady naszych rąk, naszego pisma, naszego czasu i naszej obecności.

A dziecko, patrząc na nas, uczy się najwięcej.

Uczy się nie z tego, co mówimy od czasu do czasu, ale z tego, co robimy codziennie. Jeśli mówimy: „odłóż telefon”, a sami ciągle go trzymamy w ręku, dziecko widzi sprzeczność. Jeśli mówimy: „poczytaj coś”, a samo nigdy nie widzi nas z książką, trudno oczekiwać cudu. Jeśli chcemy, żeby dziecko umiało odpoczywać, tworzyć, rozmawiać i być z innymi, pokażmy mu to swoim przykładem.

Dziecko uczy się nie z tego, co mówimy od czasu do czasu, ale z tego, co robimy codziennie.

Rodzic jest dla dziecka lustrem. Czasem bardzo czułym, czasem niewygodnym, ale najważniejszym. Dziecko patrzy i naśladuje. Patrzy, jak mówimy do siebie nawzajem. Jak rozmawiamy z mężem, żoną, dziadkami, sąsiadami. Jak reagujemy na zmęczenie. Jak spędzamy wolny czas. Jak traktujemy własne emocje. Jak odpoczywamy. Jak okazujemy bliskość.

Wakacje mogą być więc nie tylko czasem odpoczynku od szkoły, ale też czasem przyjrzenia się sobie. Bez wyrzutów. Bez poczucia winy. Z czułością i odwagą.

Może warto zapytać: czy w naszym domu jest miejsce na rozmowę? Czy umiemy być razem bez telefonu? Czy moje dziecko widzi mnie tylko zmęczoną i zajętą, czy też widzi mnie uśmiechniętą, ciekawą świata, gotową do zabawy? Czy mamy jako rodzina swoje małe rytuały? Czy ja sam/sama potrafię odpoczywać naprawdę?

I jeszcze jedno pytanie, może trudniejsze, ale ważne: jeśli pod koniec wakacji czuję, że mam już dość własnych dzieci, to czego tak naprawdę mam dość?

Może nie dzieci. Może chaosu. Może braku snu. Może nadmiaru ekranów. Może tego, że wszyscy są obok siebie, ale nikt naprawdę nie jest razem. Może własnego zmęczenia. Może tego, że przez wiele tygodni nie było żadnego rytmu, żadnych granic, żadnej chwili ciszy, żadnej przestrzeni dla mnie.

To pytanie nie ma nas zawstydzić. Ono może nam pomóc.

Bo wakacje nie muszą być idealne. Będą dni piękne i dni trudne. Będą kłótnie, bałagan, deszcz, zmiana planów, zmęczenie i dziecięce „nudzi mi się”. Ale jeśli w tym wszystkim znajdzie się trochę rytmu, trochę granic, trochę czułości, trochę nudy, trochę wspólnego śmiechu i trochę prawdziwej obecności, to ten czas może stać się czymś więcej niż tylko przerwą od szkoły.

Pod koniec wakacji warto też pomyśleć o spokojnym powrocie do września. Nie ostatniego wieczoru, w pośpiechu i nerwach, ale kilka dni wcześniej. Powoli przesunąć porę snu. Przygotować biurko. Obejrzeć szkolne rzeczy. Porozmawiać o tym, co czeka dziecko. Przypomnieć dobre chwile z poprzedniego roku. Pokazać, że szkoła nie jest karą po wakacjach, tylko kolejnym etapem.

Wakacyjny rytm nie odbiera dzieciom wolności. Przeciwnie — pomaga im czuć się bezpiecznie. A dzieci, które czują się bezpiecznie, łatwiej odpoczywają, chętniej tworzą, lepiej współpracują i spokojniej wracają do codziennych obowiązków.

Na końcu nie chodzi o to, żeby powiedzieć: „jakoś przetrwaliśmy”. Chodzi o to, żeby móc powiedzieć: „to był dobry czas dla naszej rodziny”.

I właśnie takiego dobrego, spokojnego, rodzinnego czasu wszystkim Państwu życzę.

O autorce

Katarzyna Ostrówka – wieloletni pedagog i dyrektor Polonijnej Szkoły Forum w Madrycie, Prezes Stowarzyszenia AmaPoland. Tekst ukazuje się na polacy.es za zgodą autorki.